Cieślak: Człowiek, który zdjął klątwę z Wembley

Trener kadry Marek Cieślak przedstawia gwiazdy polskiego żużla. Tym razem na tapecie Jerzy Rembas, który na pechowym dla nas Wembley bił się o medal.

Jerzy Rembas, rocznik 56, wołali na niego Dżordż. Licencję zdobył w 71 roku, a pierwszy raz na obozie kadry spotkaliśmy się zimą w ośrodku przygotowań olimpijskich w Oliwie, w 72, albo w 73 roku. Przyjechał wtedy taki szczuplutki chłopaczek z długimi włosami, w sweterku i z siatką plecioną na zakupy w ręce. Tam miał wszystkie rzeczy, które były potrzebne na obóz. Oczywiście wszyscy sobie z niego i z tej siatki żarty robili. A na zajęciach było jeszcze weselej, bo jak mu ktoś piłkę podawał, to on przed nią uciekał. Bał się łapać i kopać. Jak koledzy to wyczuli to jeszcze częściej mu podawali i były niezłe jaja. Na ćwiczeniach okazało się, że nie potrafi się też ani raz podciągnąć na drążku. Później okazało się jednak, że na żużlu jeździ bardzo dobrze. Można przy tej okazji wysnuć teorię, że do jazdy na żużlu nie potrzeba wielkiej siły. Jurek miał styl jazdy luźny, ekonomiczny. On nie walczył z motocyklem, tylko jechał i kierował. Był elastyczny. Jemu ta siła nawet nie była potrzebna, bez niej doskonale dawał sobie radę.

Całe życie był wierny Stali. Moje takie prywatne spostrzeżenie, choć mogę się mylić, jest taki, że klub nie był tak wierny Jurkowi jak on jemu. Inni lepiej wychodzili na współpracy z klubem niż Rembas. Moim zdaniem on był lekko zaniedbywany. Osiągnął jednak sporo. Wiele razy się z nim ścigałem. Często spotykaliśmy się w kadrze. Razem jeździliśmy w dwóch finałach Indywidualnych Mistrzostw Świata, a w drużynówce zdobyliśmy wspólnie trzy medale.

W Polsce był bardzo dobry w lidze, ale nie miał szczęścia zostać mistrzem Polski indywidualnie. Był taki finał w 76 roku w Gorzowie, gdzie o tym, że stracił złoto zaważył jeden bieg. Jechał z Edkiem Jancarzem i Zdzisławem Dobruckim. Jakby wygrał to miałby tytuł. Nawet prowadził ten wyścig, ale na którymś kółku stanął, zdefektował mu motocykl. Potem przez chwilę prowadził Jancarz, który też był w tamtej chwili mistrzem, ale i jemu motocykl zdechł. Wygrał Dobrucki i to on został mistrzem.

To co nie udało się Rembasowi w IMP-ie, nadrobił z ukochaną Stalą, z którą zdobył 13 medali Drużynowych Mistrzostw Polski, w tym 6 złotych. Stal to była jednak wtedy potęga, z Plechem, Jancarzem, Nowakiem i Rembasem. Czasami było tak, że jak powoływano kadrę Polski na Drużynowe Mistrzostwa Świata to czterech na pięciu było z Gorzowa i dochodził do tego częstochowski rodzynek, czyli ja. A w finale IMP w Częstochowie w 75 roku to aż siedmiu zawodników Stali jechało, czyli cała drużyna. Takiego wyniku nie zrobił nikt wcześniej, ani później. Jurek był w tej Stali kimś bardzo ważnym. Zdobył wiele medali w mistrzostwach Polski par klubowych, gdzie jechał z Edkiem Jancarzem.

Miał też dobre momenty w lidze angielskiej, gdzie jednak, swego czasu, stał się bohaterem prasy z zupełnie innego powodu. Zostawił swojego malucha z przyczepką na parkingu pod lotniskiem. Ale to było miejsce, gdzie można było zatrzymać auto na godzinkę, a Jurka nie było tydzień. Jak wrócił do auta to przyleciał do niego facet machający kwitkiem, a to był rachunek na 200 funtów. On tych pieniędzy nie miał. Promotorzy klubowi musieli mu pomóc. Tam się tygodniowo zarabiało 70 funtów. Wtedy o Rembasie było w Anglii głośno, wszystkie media pisały o polskim zawodniku, który zaliczył drogie parkowanie.

Rembas był lubiany przez wszystkich. To był taki zawodnik bezkonfliktowy, z którym nie można było się pokłócić. Był lubiany przez dziewczyny. Jak jeździliśmy do Niemiec to tam zawsze czekała na niego taka fanka słusznych rozmiarów. On był chucherko, a ona to stówkę ważyła jak nic. Ona była strasznie oddana. Jeździła takim samym mercedesem jak Jancarz. Kiedyś Edek stłukł klosz w lampie i z tym wiązała się śmieszna historia. Patrzę przez okno w hotelu a tu ekipa idzie: Dżordż, grubawa fanka i Edek ze śrubokrętem. Poszli z jej mercedesa lampę wykręcić. Ona się poświęciła. Jaką siłę przekonywania musiał mieć Dżordż, że tak się poświęciła.

Jurek to zawodnik zasłużony nie tylko dla klubu, ale i dla reprezentacji. Wystarczy wspomnieć finał mistrzostw świata na Wembley w 78 roku. Wcześniej był finał kontynentalny w Pradze, gdzie jechało wielu Polaków. Wygrał Niemiec Hans Wasserman, drugi był Jiri Stancl, ja trzeci. Niewiele brakowało, a Jurek byłby tylko rezerwowym na finał, ale Wasserman doznał kontuzji kręgosłupa.

Rembas na finał na Wembley przyjechał bez sprzętu. Jancarz nie jechał, więc wziął swój i oddał mu do dyspozycji. Przy okazji zabawił się w mechanika i tak ustawił Jurkowi wszystko, że Rembas bardzo dobrze jechał. Ja miałem pecha, bo silnik przygotowany specjalnie na te zawody zatarłem na treningu i w zawodach jechałem na silniku klubowym. Zdobyłem 5 punktów, Rembas 11 i pojechał w barażu o brąz. W tym biegu jechali też Scott Autrey i Dave Jessup. Wygrał Autrey, Jessup był drugi, Jurek trzeci, więc w sumie zajął 5. miejsce, najlepsze w historii polskich występów na Wembley. To był tor zaczarowany, na którym nam nie szło.

O tamtym finale muszę też wspomnieć z innego względu. Wtedy najlepszy był Jessup. Wygrał trzy biegi, ale w pierwszym stracił wygraną przez defekt na prowadzeniu. Po zawodach, jak już światło przygasło, on jeden został w parku maszyn. Siedział i przeżywał swój pech. Podszedłem do niego i powiedziałem: „Ty jesteś mistrzem”. On na to, że przez 2 funty stracił 100 tysięcy funtów. Pękł mu popychacz, który kosztował 2 funty, a jako mistrz podpisałby kontrakty właśnie na 100 tysięcy.

Prywatnie Jurek miał pecha. Kupę nieszczęść na niego spadło. Żona mu zmarła młodo. Jurek sam ma poważne problemy zdrowotne. Pamiętam, że jak kiedyś pracowałem z Piotrem Świstem z Gorzowa to on mi powiedział, że odszedł z Stali, bo uciekał przed gorzowskim fatum. Edek Jancarz źle skończy, Edek Migoś miał wypadek, Boguś Nowak jeździ na wózku, no i Jurka Rembasa też wspomniał. Nie zmienia to faktu, że tamta Stal z Jancarzem, Plechem i Rembasem była wielka. Jej wielkość tworzyli nie tylko wspaniali zawodnicy, ale i mechanicy: Edek Pilarczyk i Staszek Maciejewicz. To był zgrany zespół.

Dodaj komentarz

  • Facebook
  • Twitter
  • YouTube