Cieślak: Jancarz był stworzony do jazdy na żużlu

niceplz
Co ze sponsorem i umową telewizyjną dla Nice PLŻ?
26 listopada 2015
bydgoszcz2733
Skład Polonii niemal kompletny
28 listopada 2015
Show all

Cieślak: Jancarz był stworzony do jazdy na żużlu

DSC_1502

Marek Cieślak przedstawia gwiazdy polskiego żużla. W trzecim odcinku pisze o Edwardzie Jancarzu.

Mówili na niego Eddy, Wielki Eddy, Jinks, a w Anglii Steady Eddy. Przede wszystkim był jednak wielkim zawodnikiem.

Pierwszy raz widziałem go na żywo w 1967 roku. Przyjechał ze Stalą Gorzów na mecz do Częstochowy i zwrócił moją uwagę szopką włosów na głowie, pół czoła mu zasłaniały, i krzaczastymi brwiami. Właściwie to była jedna brew.

To był czas, że już było o nim głośno. Mówiło się, że pojawił się w Gorzowie taki młody zawodnik, co dobrze jeździ. On miał wtedy taki rytuał. Na długo przed meczem wsiadał na motocykl i długo nie schodził, jakby chciał się wczuć i przyzwyczaić do maszyny.

Jego kariera szybko się potoczyła. Rok później został drugim wicemistrzem świata. To była wielka sensacja, że chłopak, który dopiero zaczyna karierę staje na podium. Był drugim polskim medalistą po Antku Worynie. Co może dziwić to tylko to, że później był dużo lepszym zawodnikiem, ale już nigdy nie powtórzył swojego wielkiego sukcesu z debiutanckiego startu w mistrzostwach świata. Ale przynajmniej zaczął z grubej rury.

Pierwszy raz ścigałem się z nim w 1969 roku na lidze w Częstochowie. Przyjechał opromieniony medalem. Stal w ogóle miała wtedy znakomity skład, z Pogorzelskim, Migosiem, Padewskim i Dziatkowiakiem. Włókniarz też miał gwiazdy – Kacperaka, Rurarza i Krupińskiego. Starzy kibice będą ich pamiętali. W tamtym spotkaniu miałem numer 9, a Edek jedynkę. Spotkaliśmy się w pierwszym biegu. W pierwszy łuk wjechaliśmy równiutko, ramię w ramię, gdy nagle zauważyłem, że Edkowi skręca się koło w teleskopie. Widziałem, że noga od teleskopu się urwała, więc kiedy on się przewracał to ja też się położyłem. Nic się nie stało, a on mnie przeprosił tłumacząc, że był w NRD, a na drogach kocie łby i tak nim wytrzęsło, że noga musiała pęknąć i się urwać.

Później mieliśmy dużo fajnych wyścigów nie tylko w lidze, ale i w zawodach o Złoty Kask i w Indywidualnych Mistrzostwach Polski. Jechałem w sześciu finałach Drużynowych Mistrzostw Świata, zawsze z Edkiem. Dwa razy zdobyliśmy srebro, dwa razy brąz. Raz, w White City, otarliśmy się o złoto. Pechowo przegraliśmy.

W finałach Indywidualnych Mistrzostw Świata minęliśmy się tylko raz. Pamiętam taki finał na Wembley w 1978 roku, kiedy Edek był w boksie Jurka Rembasa i służył mu swoim motocyklem i wiedzą. Tak mu pomógł, że Polak zrobił najlepszy wynik na Wembley i zajął piąte miejsce. A mogło być lepiej, bo Rembas jechał w biegu dodatkowym o brąz. Tak to Edek bawił się w mechanika.

Warto wiedzieć, że Jancarz był wielką postacią w naszym speedway’u, a w Gorzowie to w ogóle był kimś wyjątkowym. I kiedy wyrósł mu konkurent w osobie Zenka Plecha to nagle okazało się, że jest dwóch gwiazdorów jednej drużynie. O jednego za dużo. Oni obaj walczyli, żeby być numerem 1 i skończyło się przenosinami Zenka do Gdańska. Według mnie było to spowodowane tą rywalizację.

Lata 70-te to był okres takiej bardzo dobrej jazdy Edka. Często się wtedy spotykaliśmy. Bardzo dobrze poznaliśmy się w Anglii, gdzie razem mieszkaliśmy w Londynie, w dzielnicy Balham. On jeździł w kultowym kiedyś klubie z Wimbledonu, a ja w White City. Nasze mieszkanko było przy stacji metra i jak piliśmy kawę lub herbatę to filiżanki po stole tańcowały. Warsztat dostaliśmy po tragicznie zmarłym Tommy’m Jannsonie. To była komórka cztery na cztery, którą dzieliliśmy jeszcze ze Szwedem Stefanem Salomonsonem.

Edek szybko stał się bożyszczem kibiców w Wimbledonie. Oni śpiewali piosenki na jego cześć. Jancarz miał też to szczęście, że to na co się umówił z Anglikami dostał. U mnie było tak, że Włókniarz w ramach umowy dostał za mnie cztery silniki. Potem koledzy w Częstochowie jeździli na tym sprzęcie. Dlatego po dwóch latach się zniechęciłem. Ale mieszkanie z Edkiem było super. Mieliśmy skarbonkę, do której wrzucaliśmy pieniądze i składaliśmy się na jedzenie. Do Anglii pojechaliśmy moim dużym fiatem z przyczepką.

A jeszcze przed wyjazdem do Anglii walczyliśmy w finale mistrzostw Polski. On miał wtedy dzień konia i zdobył pierwsze złoto. W piątej serii spotkaliśmy się w bezpośrednim biegu. Ja miałem punkt straty, bo przegrałem z Józkiem Jarmułą, a on wygrał wszystko. I w tym finale Zenek Plech załatwił Edkowi tytuł puszczają na starcie motocykl prosto na mnie. Musiałem zamknąć gaz, ominąć Zenka i już nie dałem rady dogonić Jancarza. Później, w biegu dodatkowym o srebro jechałem z Waloszkiem.

Rok później (1976) doszło do rewanżu w Złotym Kasku, który składał się z czterech turniejów finałowych. On chciał wygrać, ja też bardzo chciałem. I udało mi się. Wygranie z Edkiem to było coś, niesamowity prestiż. Zwyciężyłem w dwóch z czterech turniejów. Wygrałem rundę gorzowską. Przed wyjazdem trenowałem w Częstochowie, gdzie nasz mechanik wyciągnął wszystkie klubowe motocykle. Każdy sprawdziłem i wybrałem ten od Andrzeja Jurczyńskiego. I na tym motocyklu wygrałem obalając mit, że mam najlepszą maszynę w klubie. Okazało się, że inni też mają dobre.

W końcówce kariery losy Edka strasznie się pogmatwały. Jak tak sobie to analizuję to duży wpływ miał jego wypadek w meczu Polska – Włochy, gdzie młody wówczas Włoch Valentino Furlanetto spowodował straszny upadek Edka. Jancarz wiele dni leżał nieprzytomny w szpitalu. Ciężko z nim było. Wylizał się, nawet na tor na chwilę wrócił, ale to już nie był ten sam Edek. To był cień tamtego, dawnego Edka. Jak skończył z jazdą to zajął się trenerką, nawet coś przy reprezentacji działał, potem było Krosno, ale generalnie zaczął się powolny upadek, którego nie mogłem zrozumieć. Znałem się z nim, wiedziałem i wiem kim był, więc trudno było mi ten totalny upadek ogarnąć. Wpadł w duże problemy, coś złego się z nim stało. A może to, że przestał być zawodnikiem też na niego wpłynęło w jakimś stopniu. Tak czy inaczej nie umiał sobie w normalnym życiu poradzić, rozwiódł się z Halinką, ożenił się drugi raz i to było wielkie nieszczęście. To się skończyło tak, że pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że Edek nie żyje, że zginął od ciosu nożem, że został dźgnięty przez swoją żonę. Był szok, niedowierzanie i tragedia dla sportu, bo on był powszechnie znany, szanowany i miał wielki dorobek sportowy.

Chciałbym jeszcze dodać, że ja wolę pamiętać tamtego Edka z dawnych lat. To był fajny facet, który w Anglii gonił mnie do roboty. Ja chciałem spać, a on już nade mną stał i gonił mnie do motocykla. Rozbierał go, stał, patrzył, składał, lubił tę robotę. Wiele można się było od niego nauczyć. Poza tym był stworzony do żużla. Miał odpowiednią budowę ciała, nie miał tendencji do tycia, szybko się regenerował. To był typ, który w każdym sporcie dałby sobie radę. Skoro był z Gorzowa, to był skazany na żużel.

Dodaj komentarz

  • Facebook
  • Twitter
  • YouTube