Cieślak: Krótka, ale intensywna kariera mistrza Szczakiela

12278273_10207218678098178_138321920_n
Znamy kalendarz FIM Europe
10 grudnia 2015
foto: Jarek Pabijanjarek.pabijan@wp.pltel +48 601 83 62 58
Kibice Orła – zmobilizujcie się
12 grudnia 2015
Show all

Cieślak: Krótka, ale intensywna kariera mistrza Szczakiela

DSC_1501

Marek Cieślak przedstawia gwiazdy polskiego żużla. Tym razem pisze o mistrzu świata – Jerzym Szczakielu.

Jerzy Szczakiel, rocznik 49 (rok starszy ode mnie) to bardzo dziwna postać. Bardzo utytułowany, gdy idzie o arenę międzynarodową, bo przecież został mistrzem świata indywidualnie i w parach, ale na krajowym podwórku było gorzej. Został wicemistrzem Polski w 1971 roku, wygrał Srebrny Kask, gdzie ja byłem jego głównym przeciwnikiem, został młodzieżowym wicemistrzem Polski, był trzeci w Złotym Kasku, i to by było na tyle. Dziwne, że przy tak małej liczbie zdobyczy na krajowym podwórku ma takie sukcesy światowe.

Jurka spotkałem na swojej drodze sportowej w finale Młodzieżowym Indywidualnych Mistrzostw Polski w Lesznie w 1968, gdzie ja byłem czwarty, a on zajął szóste miejsce. Rok później rywalizowaliśmy więcej. Zacięcie walczyliśmy o Srebrny Kask. Szliśmy łeb w łeb i dopiero ostatni turniej w Lesznie zdecydował o wygranej Jurka. Wyprzedził mnie o 1 punkt. W lidze dzieliliśmy się wygranymi po równo. Raz on mnie, raz ja jego, ale nigdy nie było tak, żeby któryś z nas lał tego drugiego. A to był wtedy mocny zawodnik. W ogóle był chłopakiem, który żył w swoim świecie. Pamiętam jakie kawały robił kolegom na obozie kadry. Był taki Stasiu Bombik i on jemu szczególnie dokuczał. Ale to były fajne żarty. Raz wysmarował go sadzą, innym razem zrobił manekina i przystroił go ubraniem Staszka. Śmiesznie było. Na treningach była cicha rywalizacja ze starszymi. Oni mówili młodym: „jakbyście mieli tyle kontuzji co my, to byście tak szybko nie biegali”. Na końcu zawsze był wyścig, kto pierwszy dobiegnie do ośrodka, bo te zgrupowania odbywały się w Ośrodkach Przygotowań Olimpijskich. Jurek był mocny, często wygrywał.

Jego kariera potoczyła się szybko i trwała krótko, ale jak eksplodował to na dobre. Najlepszy w jego karierze był rok 1971. Wtedy był mocny. Umiał wjechać dwoma kołami na płot, gdzie dechy aż się trzęsły. Friedek, zawodnik Kolejarza, mówił wtedy, że jakby Jurkowi ktoś stanął na drodze to by go przejechał. Friedek to był fajny gość, choć ze Szczakielem nie umiał znaleźć wspólnego języka. Jednak Jurek, jak już wspomniałem, był specyficzny. Od zawsze związany z Grudzicami pod Opolem. Strasznie zacięty i pamiętliwy. Kiedyś opowiadał mi o swoim sąsiedzie, który go zbił w dzieciństwie. Mały Jurek pilnował krowy, ale ta uciekła, weszła sąsiadowi w szkodę, ten przyleciał i kilka razy uderzył Jurka. „Poczekałem aż dorosnę i wpieprzy … sąsiadowi”, pochwalił mi się Jurek.

Wróćmy jednak do spraw sportowych. W 71 zajął trzecie miejsce w Złotym Kasku. To było coś, bo sama kadra tam jechała. Osiem turniejów, totalna elita. Dziś szkoda nazwy. Wtedy Mucha wygrał, ale Jurek na podium, a to było coś, bo rywalizował z takimi tuzami, jak Woryna, Wyglenda, Jancarz czy Waloszek.

W tamtym sezonie dostał się też, jako 22-latek, do finału Indywidualnych Mistrzostw Świata. Przeszedł przez gęste sito eliminacji, nawet na Wembley dał sobie radę. W finale mu nie poszło, ale po drodze było super.

Największą niespodziankę zrobił jednak w finale mistrzostw świata par w Rybniku, gdzie pojechał z Andrzejem Wyglendą po złoto. Już samo wystawienie Jurka do składu było niespodzianką. To był pomysł Rościsława Słowieckiego, który wtedy był kimś w rodzaju szefa GKSŻ. Byłem na tamtym finale. Faworytami byli nowozelandczycy Mauger i Briggs. Jednak to para Wyglenda, Szczakiel wygrała wszystkie biegi po 5:1. Zasada była taka, że Andrzej pilnował krawężnika i środka toru, a Szczakiel jeździł po płocie. Nikt tam nie mógł się do niego zbliżyć. To złoto było wielkim sukcesem polskiej pary. Szczakiel został bohaterem, bo jako młody człowiek dźwignął ciężar odpowiedzialności. Wygranie z Maugerem to było coś.

Jurek w 71 roku zrobił jeszcze jedną dużą rzecz. Zdobył srebro w finale mistrzostw Polski. Pierwszy bieg przegrał, potem same trójki. Pierwszy przegrał, bo jeszcze szeroka nie chodziła.

W 1972 roku Jurek zniknął. Był, ale jakby trochę wycofany. Ta jego zadziorność i bezwzględność w jeździe ustąpiły. Dalej był dobry, nie można powiedzieć, ale przestał być widoczny. Nie było fajerwerków.

Natomiast w 73 roku nic, przez cały sezon, nie zapowiadało, że zostanie mistrzem świata. W finale chorzowskim było sześć miejsc dla Polaków. Nie startowaliśmy w światowych eliminacjach. To było śmieszne, że na 16 miejsc, 6 przypadało naszym. Mieliśmy jednak swoje, krajowe eliminacje. Punktacja była robiona na podstawie Złotego Kasku, test-meczów kadry, średnich ligowych i czegoś tam jeszcze. Jurek do szóstki się nie załapał. Miał jednak szczęście, bo ja złamałem kręgosłup w meczu ligowym w Bydgoszczy i wypadłem, a byłem trzeci lub czwarty. Potem jeszcze ktoś wypadł i Szczakiel załapał się na finał.

Mechanikiem Jurka był Janusz Stormowski, były majster Włókniarza. Tadek Tumiłowicz, jego następca i mój mechanik w Częstochowie, był następcą Stormowskiego, gdy ten wyemigrował do Opola. Mówili na niego „Jaś Motorek”. I Stormowski ze Szczakielem trafili na egzemplarz motocykla, gdzie wszystko grało. Już na treningu wiedział, że będzie dobrze. Tor był twardy, motocykl mu kleił, sprzęgło działało idealnie. Po treningu nawet motocykla nie mył, niczego nie rozbierał, żeby na finale wszystko było takie samo. I w finale trzy pierwsze biegi wygrał, potem dorzucił dwie dwójki i stanął do biegu o złoto z Maugerem. Sędzia z Niemiec nie poczekał na Maugera, który nie dojechał do taśmy i puścił bieg. Jurek to wykorzystał, ale Mauger był szybki, dogonił Polaka. Wszedł pod niego, ale Szczakiel go wyczuł i założył. Mauger nadział się na tylne koło i upadł. Jurek przez dwa okrążenia jechał sam po złoto. 100 tysięcy ludzi oglądało na żywo jak Polak zostaje mistrzem świata. Dodatkowo Zenek Plech zdobył brąz, więc to było coś. Jurek miał jednak wówczas prawo czuć się nieprzyjemnie, bo w wejściu na żywo w telewizji redaktor Ciszewski nie zwracał na niego uwagi. Rozmawiał tylko z Plechem, a mistrz świata stał z boku. Beata Tyszkiewicz napisała nawet o tym felieton, w którym oberwało się Ciszewskiemu. On zresztą później Szczakiela przeprosił.

Dwa tygodnie po finale w Chorzowie pojechaliśmy na finał Drużynowych Mistrzostw Świata na Wembley, gdzie Jurek nie zdobył punktu. Motocykle mu ukradli. Jechał na maszynie pożyczonej od Briggsa.

Po wielkim sukcesie Jurek jakby się spełnił, jakby doszedł do przekonania, że już nie można zrobić. Ta jego kariera jak świeczka zaczęła się wypalać. Chęć do uprawiania sportu zaczęła maleć. Jeździł i to nie najgorzej, ale było też widać, że już nie ma tego ognia. Zdarzały się natomiast rzeczy nieprzyjemne. Pamiętam takie zdarzenie z Piotrem Bruzdą. Piotrek żartował z Jurka, mówił że chyba jego wujek był sędzią zawodów. Mistrz mu przywalił i Piotr wyszedł z szatni w ciemnych okularach. Wtedy Szczakiel stracił w moich oczach, bo nie powinien był się tak zachować. Z drugiej strony mistrzom trzeba pewne rzeczy wybaczać.

Feralny dzień w jego karierze miał miejsce w 1977 roku, kiedy do Opola przyjechał Włókniarz z Józkiem Jarmułą. Z nim nigdy nie było bezpiecznie. Jurek po starcie prowadził, przedłużył wejście w drugi łuk, a Józek lubił wszystko, ale nie lubił przymykać manetki gazu. To mu nie wychodziło. W każdym razie zrobił się wielki karambol i cztery metry desek wyrwali. Jurek po tym wypadku miał złamaną nogę w kostce. To był początek końca jego kariery. Długo na tę nogę chorował, kulał, nie było w nim też chęci, żeby jeszcze coś wygrać. Zaczynał mówić o końcu, że to nie ma sensu, bo już był dwa razy mistrzem świata. Myślałem, że to nie ma sensu, ale może jakbym był dwa razy mistrzem świata to mówiłbym to samo. Ludzie są różni. Jedni zostają mistrzami i chcą tego dokonać jeszcze raz, inni spełniają się po zdobyciu pierwszego tytułu. Tak czy inaczej Szczakiel zapisał się złotymi zgłoskami. Dopiero Tomek Gollob w 2010 roku, jako drugi Polak, został mistrzem świata. 37 lat przerwy to coś niesamowitego. Tyle zawodników mamy, taką ligę, a tylko dwóch mistrzów świata. Inne nacje patrzą na nas z zazdrością, ale do najważniejszych sukcesów nas nie dopuszczają.

W przypadku Jurka powtórzę jeszcze za Krzysiem Cugowskim, że jest trochę tak, jakbyśmy się naszego mistrza wstydzili. Mało go eksponujemy, nie chwalimy się nim. Może to wynika z charakteru Jurka, który jest skryty, zaszył się w tej swojej miejscowości i nawet w opolskim żużlu się nie udziela. A przecież powinien być trenerem, powinien działać i przyciągać swoją osobą młodzież. Ludzie zobaczyliby, że taki prosty chłopak został mistrzem, i może uwierzyliby, że z nimi może być tak samo. Tak czy inaczej, choć Jurek jest trochę zakompleksiony i skryty, to uważam go za jednego z dwóch największych bohaterów. I krytykować go nie mogę, bo to on jest mistrzem świata. O nim było głośno jednego dnia, ale tego nikt mu nie zabierze.

Dodaj komentarz

  • Facebook
  • Twitter
  • YouTube