Czapki z głów przed Waloszkiem

Marek Cieślak przedstawia gwiazdy polskiego żużla. Pora na Pawła Waloszka, który w 1970 roku został wicemistrzem świata.

Paweł Waloszek to nie tylko nasz wicemistrz świata, ale i legenda Śląska Świętochłowice. Dzisiaj kibice mogą nie pamiętać, że był taki klub. Ja tylko mam nadzieję, że Śląsk szybko się odrodzi, bo kiedyś mieli w Świętochłowicach dobrych zawodników. Za moich czasów dwa razy byli wicemistrzami Polski. Mieli gwiazdy. Waloszek był największą z nich.

Dla mnie to był wielki zawodnik. Już wtedy, kiedy jeździł był legendarny. To jest taki ktoś przed kim trzeba i należy zdjąć czapkę z głowy.

W finale 1970 roku mistrzem, trzeci raz z rzędu, został Ivan Mauger. Paweł był drugi, trzeci Antek Woryna. Mauger wygrał wtedy wszystkie biegi. Tor był nie do ścigania, trzymał tylko krawężnik. Paweł w biegu z Maugerem wygrał start, ale zaraz po trafił na plamę twardego miejsca, koło mu zabuksowało i Mauger poszedł do przodu. Waloszek siedział mu na kole, ale nie mógł go minąć. Nie było jak.

W 1968 roku w Goteborgu też mógł zdobyć medal. Otarł się o wicemistrzostwo. Przewrócił się jadąc na drugiej pozycji. Krawężnik był z desek i on przednim kołem na te deski najechał. Stracił dwa punkty i złamał mały palec.

Nie mam wątpliwości, że Pawła ukształtował fantastyczny tor w Świętochłowicach na hucie Florian. To był techniczny tor. Kibice mówili na niego „hasiok”. Tor był fajny, czerwony. Jak surówkę wypuszczali to na pierwszym łuku było bardzo gorąco. Na tym pierwszym łuku opadały też opiłki metalu i tam była taka twarda skorupa. Paweł był królem tego toru. Dobrze jeździł po małej. Był mistrzem krawężnika. Zresztą nie pamiętam, żeby on kiedyś jechał szeroko. Cieszę się z tego, że byłem jednym z nielicznych, którym udało się wygrać z Waloszkiem na „hasioku”. Tak czy inaczej Paweł był liderem tamtego Śląska, gdzie jeździli też Janek Mucha, Wiktor Waloszek (brat Pawła), Erwin Brabański, Józek Jarmuła i przyrodni brat Waloszka, Robert Nawrocki. Jak widać była to żużlowa rodzina. Na Roberta mówili „unyłyny”, taką miał ksywkę. Po zakończeniu kariery był przez wiele lat działaczem. Robert miał czarną wołgę, którą kiedyś podróżowaliśmy do Związku Radzieckiego. Narobiliśmy po drodze rabanu, bo to były czasy, kiedy dzieci straszyło się czarną wołgą.

Wróćmy jednak do Pawła, który zasłynął pewnym powiedzeniem. Jak go kiedyś redaktor spytał, który tytuł ceni najbardziej, to odpowiedział, że ceni tytuł mistrza Polski, którego nigdy nie zdobył. Marzył o nim, był kilka razy blisko. Raz z Andrzejem Wyglendą przegrał w Rybniku, innym razem dzień konia miał Edek Jancarz i Paweł ze mną jechał w biegu dodatkowym o srebro, który zresztą wygrałem.

Warto wiedzieć, że w 1972 roku był mistrzem Europy. Wygrał wtedy Finał Europejski eliminacji do mistrzostw świata we Wrocławiu. Po drodze przeszedł niesamowity Finał Kontynentalny w Czerkiesku. Niesamowity, dlatego że na treningu tor był twardy jak skała. Po treningu organizatorzy wysłali nas do kina na film Romeo i Julia. W tym czasie na tor wjechał ciężki sprzęt, równiarka z wielkimi bolcami, i zryli nawierzchnię po kolana, a potem lekko uwałowali. Cieszyliśmy się, że będzie przyczepnie. Jancarz wyjechał jako pierwszy i z wyjścia walnął w płot, taka była kopara. Waloszek jechał pionowo i w poprzek, wyrywało go, ale trzymał gaz i punkty potrzebne do awansu uzbierał. I potem wygrał wspomniany finał we Wrocławiu.

Na plus trzeba mu zapisać, że wygrał Złoty Kask, gdzie kiedyś cała kadra jeździła. Było osiem turniejów, to było takie nasze małe Grand Prix.

Muszę też powiedzieć, że Paulik, bo tak na niego gadaliśmy, pięknie się uśmiechał, ale był ostry. Potrafił w płot wsadzić. Jechało się obok, a on puk łokietkiem i klient był w płocie. Mnie parę razy próbował wsadzić, ale jakoś się udało mi się ominąć zderzenia z bandą. A jak wygrałem to zawsze mnie opieprzał. Mówił gwarą: „co ty robisz synek, kaj ty się tam pchosz”. Paulik miał dobrotliwy wygląd, ale był smykowaty, nie przebierał w środkach. Jak musiał wygrać to wszystkie chwyty były dozwolone. Jak kiedyś w Częstochowie chciał wygrać, a sędzia go wykluczył to postawił motocykl w poprzek toru. Jednak to wszystko można mu wybaczyć i zapomnieć. Do dziś się spotykamy i z rozrzewnieniem wspominamy stare czasy. Nie tylko to co na torze, bo wiele było przygód poza nim. Pamiętam, że Paweł nigdy nie miał zdolności do kombinowania i jak były wyjazdy zagraniczne i inni brali toboły z rzeczami na handel to on jechał z pustymi rękami. Kiedyś na kontroli, jak już doszło do niego, to celnicy się dziwili, że nic nie ma. „Jo wszystko przejodł”, odpowiedział i wzięli go na rewizję osobistą. Jako jedynego. A on jako jedyny nic nie miał.

Dodaj komentarz

  • Facebook
  • Twitter
  • YouTube