Krzysztof Kasprzak z powodu kontuzji stracił jedną rundę Grand Prix, ale został wicemistrzem świata, bo miał dobry sprzęt, pomysł na jazdę i był mocny psychicznie.

Przed sezonem 2014 nikt nie stawiał na niego złamanego grosza. W żużlowej Enea Ekstralidze był wcześniej uważany za solidnego średniaka, a w Grand Prix za zawodnika na miejsca 10-15. Na taki wizerunek mocno sobie zapracował. W końcu w lidze, od sezonu 2009 począwszy, nie potrafił przekroczyć średniej biegopunktowej 2,000, co zawsze znamionuje klasę żużlowca. Natomiast w GP bezskutecznie dobijał się do światowej czołówki.

Na początku był płacz

Plany zawsze miał ambitne, ale zwykle kończyło się na łzach i chowaniu się w busie przed dziennikarzami, którzy chcieli spytać co tym razem nie zagrało. Pojedyncze dobre starty nie mogły zaciemnić obrazu całości. Jako stały uczestnik cyklu zajął 14 miejsce w 2008 roku i 10 miejsce w sezonie 2013. Co więc takiego się stało, że w ubiegłym roku Kasprzak był taki mocny i do ostatniego turnieju walczył o złoto. I pewnie nawet stanąłby na najwyższym stopniu podium, gdyby nie kontuzja przez którą stracił jedną rundę a w drugiej nie czuł się na siłach, żeby podjąć normalną walkę. Moim zdaniem Kasprzak 2014 to był zupełnie inny zawodnik niż ten, którego oglądaliśmy wcześniej. Niesamowicie czuł sprzęt, miał pomysł na jazdę i był bardzo mocny psychicznie. To właśnie te czynniki najbardziej wpłynęły na eksplozję formy żużlowca Stali Gorzów.

Teraz jest pewność siebie

Nie od dziś wiadomo, że szybkie i niezawodne motocykle to podstawa sukcesu w takim sporcie jak żużel. Kasprzak sam zresztą kiedyś przyznał, że świetny sprzęt jakim dysponował w minionym sezonie pozwalał mu wjeżdżać tam, gdzie dawnej bałby się spojrzeć. – Dobry motocykl podnosi szanse o siedemdziesiąt procent – uważa Krzysztof. – A jak zawodnik dostanie odpowiedni sprzęt i zaczyna wygrywać to pozytywnie się nakręca i osiąga stan, który Anglicy nazywają confident, czyli łapie pewność siebie. Wtedy już zawsze i wszędzie jest w gazie. Nawet, jeśli w międzyczasie przesiądzie się na odrobinę gorszy motocykl, to mu to nie przeszkadza i dalej dobrze jedzie. Z żużlowcem w formie jest trochę tak, jak z człowiekiem, który budzi się w środku nocy w swoim domu i mimo ciemności sprawnie porusza się po pokojach, bo wie gdzie co jest i gdzie załączyć światło.

I ojciec, który potrafi zrobić sprzęt

To, gdzie Kasprzak robił silniki w srebrnym sezonie nie było żadną tajemnicą, bo żużlowiec po każdym turnieju GP dziękował tunerowi Peterowi Johnsowi. Anglik w ostatnich latach zdominował tunerski światek. Jego zawodnicy zdobywali złoto w 2012 (Chris Holder) i 2013 (Tai Woffinden) roku. Greg Hancock, mistrz z 2014 roku także miał, między innymi, silniki od Johnsa. Inna sprawa, że nasz żużlowiec nie ograniczał się wyłącznie do Johnsa. Wiadomo, że zamawiał silniki w kilku źródłach. To naturalne, bo wszyscy zawodnicy tak robią. Oczywiście każdy chciał poznać nazwiska wszystkich tunerów Krzysztofa, ale 30-latek w tej sprawie milczy. Uważa, że sprawy warsztatu powinny być objęte całkowitą tajemnicą. Eksperci próbowali jednak rozwikłać zagadkę Kasprzaka. – Jak patrzyłem na charakterystykę i styl jazdy Krzyśka w poprzednim sezonie, to czułem się tak jakbym widział Martina Vaculika, który robił silniki u Fina Rune Jensena – stwierdza Krzysztof Cegielski, były żużlowiec, a obecnie telewizyjny ekspert.

Rodzina Kasprzaków od lat ma dobre kontakt z Jensenem, ale nie ma 100-procentowej pewności, że Krzysztof korzystał z jego silników. Można jedynie spekulować, że Kasprzak senior kupował u Jensena pojedyncze części i na bazie tego budował jednostki napędowe dla syna. Swoją drogą to tata Zenon, kiedyś dobry zawodnik a obecnie niezły mechanik, był u Krzysztofa tą wartością dodaną.

I spokój, który pozwala jechać lepiej

Przemianę Kasprzaka w srebrnym sezonie najlepiej jednak było widać patrząc na jego zachowanie w parku maszyn w trakcie zawodów. – Kiedyś było tak, że po przegranym biegu wszystko w jego boksie fruwało w powietrzu – mówi trener kadry Marek Cieślak. – Był strasznym raptusem, a to nie jest dobra cecha, bo zawodnik w każdej sytuacji musi zachować zimną krew i spokój. I w 2014 roku ten spokój był. Pamiętam, jak w trakcie meczu ligowego Stali we Wrocławiu, z Betardem Spartą, sędzia niesłusznie wykluczył Krzysztofa, to on nawet nie dał po sobie poznać, że jest zdenerwowany. Stwierdził tylko trudno, jedziemy dalej – przypomina Cieślak.

W osiągnięciu wewnętrznego spokoju pomagały Krzysztofowi rozmowy z panią psycholog Julią Chomską, córką byłego szkoleniowca reprezentacji Stanisława Chomskiego. – Każda metoda jest dobra, żeby dojść do celu. Pamiętam, że trzykrotny mistrz świata Jason Crump czuł się lepiej dzięki temu, że wsiadał na motocykl z lewej strony. Miał taki przesąd. Na Krzyśka pozytywnie wpływał psycholog i nie ma w tym niczego złego – ocenia Cieślak.

Dlatego stał się dobrze zaprogramowaną maszyną

Żaden psycholog by jednak nie pomógł, gdyby żużlowiec nie dojrzał i nie zmienił swojego podejścia. Dotąd był zamknięty w sobie. Ludzie z bliskiego otoczenia mówili, że słucha tylko ojca. To się jednak zmieniło. – Ważne, żeby zawodnik był jak gąbka, która chłonie rzeczy istotne – mówił nam wicemistrz świata w jednym z wywiadów. – W sporcie trzeba umieć słuchać, ale i też trzeba podglądać innych. Ja podglądam wszystkich dookoła, bo czasami można z tego wyciągnąć coś dla siebie. Człowiek, który zamyka się na świat nie idzie do przodu. A jeśli nie stoi w miejscu, to się cofa.

Dzięki temu, że pojawił się spokój, Krzysztof nie podejmował już tylu błędnych decyzji co w poprzednich latach. O wiele lepiej wyglądała strategia jazdy. – Dobry żużlowiec powinien mieć plan jazdy przed każdym wyścigiem. I to musi być plan A i plan awaryjny. Kiedy wyjeżdżam na tor, to staram się mieć gotową strategię. Wiem, gdzie i którą ścieżką chcę pojechać – tłumaczył nam Kasprzak, który już w pierwszych startach minionego sezonu jeździł niczym dobrze zaprogramowana maszyna. Jego jazda nie była bezmyślnym kręceniem się w kółko. On poruszał się tymi ścieżkami, które w danym momencie były najszybsze. Tak wygrał bydgoską rundę Grand Prix. Po tym jak został wyprzedzony na trasie przez Darcy`ego Warda nie stracił konceptu, lecz rozpędził motocykl wybierając szybkie ścieżki, a na wirażu przed ostatnią prostą z premedytacją wjechał tuż przy krawężniku, bo tam była koleina, na której motocykl dostawał takiego dodatkowego kopa. Ta akcja to był majstersztyk a Ward jeszcze długo po tym wyścigu drapał się po głowie i zastanawiał nad tym, czy wygranie z Kasprzakiem będzie w ogóle możliwe.

Źródło: „Przegląd Sportowy”

 

 

 

Dodaj komentarz

  • Facebook
  • Twitter
  • YouTube